Nie, nie zapowiada się, żeby na tym blogu pojawiało się więcej wpisów podróżniczych. Prędzej bym mógł robić takie o Toruniu, jego okolicach i kujawsko-pomorskim. Chciałem jednak w jakiś sposób pokazać kilka zdjęć z Czarnogóry. Byliśmy tam w listopadzie 2019 roku z moją Asią. W tym wpisie opiszę Wam naszą podróż, jednocześnie pokazując zdjęcia przed obróbką i po jej wykonaniu. Fotograficzny wilk syty i podróżnicza owca cała. Uprzedzam – streetu tu nie ma.

Większość zdjęć obrobiłem na mobilnym Lightroomie, gdy pod koniec grudnia się trochę zdrowotnie rozłożyłem. Komputer jest średnio poręczny, ale smartfon – wręcz odwrotnie.

Pakowanie i podróż do celu

Zaczęło się śmiesznie tanich biletów lotniczych. Lot Ryanairem z lotniska Berlin-Schönefeld do Podgoricy i z powrotem dla dwóch osób wraz z dodatkowym bagażem do 10 kg kosztował… 350 zł. Sprzętowo zabraliśmy zestaw najbardziej uniwersalny – Nikona D750 i systemowy obiektyw 24-70 2.8. Dlaczego? Matryca aparatu jest gumowa i pozwala sporo wyciągnąć z surowych zdjęć. Odchodzi więc konieczność targania statywu. W końcu to zdjęcia z wakacji. Do tego odchylany ekran dobrze się sprawdza przy nagrywaniu wideo (film w trakcie montażu, ale raczej będzie czysto pamiątkową twórczością). Obiektyw to klasa sama w sobie, jest uniwersalny w zakresie ogniskowych, jasny, więc wybór był oczywisty. Przez chwilę rozważaliśmy gimbala Feyutech AK 4000 (pod kątem wideo) oraz Mavica 2 Pro, ale odpuściliśmy ze względów wagowych. Chociaż był ważniejszy powód – nie chcieliśmy zrobić z tego wyjazdu planu filmowego.

Do Berlina ruszyliśmy w sobotę rano pociągiem z Tczewa (mieszkają tam moi rodzice), aby ok. 13 wysiąść na dworcu głównym w Berlinie. Co za moloch. Uważam się za osobę, która generalnie odnajduje się w przestrzeni, ale tutaj się poddałem i skorzystałem dwa razy z punktu informacyjnego. Do tej pory uważam, że oznaczenia peronów i wskazań konkretnych tras jest mocno dyskusyjne.

Kilka godzin w Berlinie wykorzystaliśmy na punkty obowiązkowe – Bramę Brandenburską, Reichstag (z dworca startuje specjalna linia metra zatrzymująca się tylko na tych dwóch przystankach) oraz Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Stolica Niemiec przywitała nas jednak okropną pogodą, więc szybko pojechaliśmy do naszego noclegu niedaleko lotniska.

Pod Bramą Brandenburską stwierdziliśmy na widok tamtejszych happeningów i aktywistów, że to chyba taki ich tamtejszy pomnik Kopernika. Ale raczej w centrum Torunia nie liczyłbym na spotkanie kogoś ubranego tylko w głowę słonia.

Lecimy do Podgoricy

Poranna pobudka, Uber i wsiadamy do samolotu. Po 2 godzinach z groszem wita nas Czarnogóra. Na stołecznym lotnisku wypożyczamy praktycznie nową Skodę Fabię o oszałamiającej pojemności kartonu mleka i 95 koniach mechanicznych. O niej potem. Tutaj od razu zdejmujemy kurtki – w Podgoricy pod koniec listopada jest prawie 20 stopni. Tak wyglądała mniej więcej trasa naszej tygodniowej podróży.


Stolice kraju zazwyczaj postrzegamy jako centrum danego narodu. Podgorica nie ma jednak zbyt wiele do zaoferowania. Po małych zakupach i uświadomieniu sobie, jak bardzo to miasto jest w rozsypce, podjechaliśmy do Soboru Zmartwychwstania Pańskiego. Mieliśmy szczęście trafić na dwa śluby prawosławne i przy okazji posłuchać tutejszej orkiestry.

Obiad zjedliśmy kilkanaście kilometrów od Podgoricy w Restoranie Niagara nad małym wodospadem o turkusowej, klarownej wodzie.

Chciałbym napisać, że czystej, ale nad brzegiem było pełno śmieci. Okresowo w tym miejscu… nie ma w ogóle wody. Nam udało się zobaczyć to miejsce w całej okazałości i skorzystać z restauracji nad brzegiem. Oparty o kamienną ścianę budynek wykorzystał cieknące strugi wody i zaaranżował mały wodospad w sali restauracyjnej. Zamówienie robiliśmy raczej pojedynczymi słówkami, bo obsługa angielskiego nie znała. Nadrabiała jednak podejściem do klienta. Najbardziej urzekła nas jednak muzyka – instrumentalne covery światowych hitów na flecie. Przypomniały mi się lekce muzyki z podstawówki.

Jazda po tutejszemu

Z wyżartymi od dźwięku fletu głowami ruszyliśmy w kierunku naszego pierwszego noclegu w Plavie. To miejscowość oddalona o 144 km od wodospadu. Czemu tak daleko? Czarnogóra nie jest raczej miejscem, w którym spędzasz kilka dni w jednym miejscu (chyba że czysto rekreacyjnie na nartach lub nad morzem), więc sporo podróżowaliśmy, zostając na jedną lub dwie noce w jednym miejscu i ruszając dalej.

I ta trasa pokazała mi, jak się tu jeździ. Już w Podgoricy w trakcie krótkiego spaceru słyszeliśmy co chwilę klakson, ale trasa dopiero mi uzmysłowiła, że prawo jazdy daje się tutaj z wielką pieczątką YOLO. Wyprzedzanie na zakręcie na wzniesieniu? Żaden problem. Błyskanie światłami, jeśli nie pokonujesz serpentyn z zamkniętym licznikiem? Na porządku dziennym. Dla zdrowia psychicznego ustępowałem czasem takim kozakom i zjeżdżałem na pobocza (dość często poszerzane, mam wrażenie, że specjalnie dla turystów do tego celu). Inna sprawa, że drogi w Czarnogórze (szczególnie na wschodniej ścianie) są w standardzie trochę zapuszczonych polskich dróg wojewódzkich. Czyli w sumie byłem przyzwyczajony.

Porwanie

Do Plavu dojechaliśmy po zmroku i zaczęliśmy szukać naszego noclegu. Zrobiliśmy rezerwację w Eco Village Jasavic. Miała to być chatka na wzniesieniu z widokiem na cały Plav. Już zdążyliśmy przywyknąć, że tu jest wiecznie z górki i pod górkę, ale tutaj zacząłem wątpić w Skodunię. Spalanie chwilowe na poziomie 25 litrów to już nie są przelewki.

Kolejny podjazd okazał się nie do przejścia dla naszego samochodu. Zjechaliśmy na pobocze i miałem już przejść się pieszo, żeby zorientować się w sytuacji, gdy z drogi za wzniesieniem (widocznej na mapie satelitarnej, na drogowej tego nie było widać) nadjechał samochód. Off-roadowy ma się rozumieć. Za kierownicą nastolatek, pasażerem był ktoś wyglądający na jego dziadka. Zatrzymali się przy nas i tutaj doszło do trochę abstrakcyjnej sytuacji, bo my ni w ząb po czarnogórsku (mieszanka serbskiego, bośniackiego i chorwackiego), oni ni w ząb po angielsku. Zaczął senior.

– Eco Village Jasavic?
– Tak.

Senior bierze ode mnie kluczyki i wskazuje, żebym usiadł z tyłu Skody. Sam siada za kierownicą, Asia w lekkim szoku, że jej kierowca się trochę postarzał. Domniemany wnuczek pojechał w dół, senior zawrócił razem z nami i pojechaliśmy za nim. Asia podjęła próbę porozumienia się z naszym przewodnikiem po rosyjsku. Niewiele się jednak od niego dowiedzieliśmy. Po kilkuset metrach wjechaliśmy na podwórku domu, przed którym czekała reszta rodziny. Przez chwilę rozkminialiśmy, czy przypadkiem nie przejęła nas jakaś siatka noclegowych “porywaczy” i przejęli nas inni hotelarze (chociaż to za duże słowo).

Jedna z młodszych domowniczek znała trochę angielski i udało nam się ustalić, że jesteśmy w domu właścicieli Eco Village Jasavic, ale nasz punkt docelowy przechodzi obecnie remont (sezon turystyczny w Czarnogórze już się skończył). Mieliśmy do wyboru więc jedną z dwóch domowych sypialni. Z całą rodziną usiedliśmy też do čaju czyli herbaty pitej tutaj nałogowo. Gospodyni poczęstowała nas też domowymi wyrobami, ewidentnie pękając z dumy, gdy nam smakowało. Trochę żałuję, że nie zrobiłem nam zdjęcia w trakcie tej gościny.

Rano opuściliśmy nasz nocleg, żeby coś zjeść w Plavie i zrobić jakieś zakupy.

Czarnogórcy to mięsożercy i dokładnie widać to po menu lokali, więc nie mieliśmy specjalnie szerokiego wyboru. W Plavie wybraliśmy restaurację TIMM, tam jajecznicę i na miejscu wypiekane drożdżowe pieczywo. Ja zamówiłem kawę, która domyślnie parzona jest tutaj po turecku. I nie, nie jest to zwykła zalewaja, jaką w Polsce serwuje się w połowie polskich domów. Kawę po turecka gotuje się w specjalnym tygielku. Naczynia te były w każdym wynajmowanym później przez nas mieszkaniu. Americano w lokalach nie uświadczysz (chociaż espresso już tak), przynajmniej nie w tej części kraju.

W tej surowszej i mniej turystycznej części Czarnogóry możecie zwrócić uwagę na to, jak ludzie tu pracują. A raczej nie pracują. Gdy jedliśmy śniadanie, razem z nami w restauracji było kilkunastu mężczyzn w kilkuosobowych grupach. Każdy z herbatą lub kawą. Jest poniedziałek rano. I tak w każdym lokalu. Ktoś tu w ogóle jest w pracy poza kelnerem?

Plavsko Jezero

To generalnie największa atrakcja tej miejscowości. W pobliżu jest kilka drobnych zabytków czy szlaków górskich, ale nie planowaliśmy takich wojaży. W listopadzie było w Plavie ok. 10 stopni, więc jezioro raczej odhaczyliśmy krótkim spacerem.

Do krainy lodu

No dobra, może nie lodu, ale zimna. Z Plavu kierujemy się w stronę Durmitoru, tutejszego parku narodowego ze szczytem Bobotov Kuk (2523 m n.p.m). Zgadliście – nie wchodziliśmy.

Droga do Žabljaka, gdzie mieliśmy nocleg, upłynęła nam na kilku przystankach, bo co chwilę któreś z nas reagowało czymś w stylu “wow, zatrzymajmy się tutaj”, “ale sztos, zatrzymuj się”. Takim przystankom sprzyjały liczne poszerzone pobocza. Jeden z postojów był nieplanowany. Zobaczyliśmy bowiem kierunkowskaz do klasztoru świętej Trójcy. Zatrzymaliśmy się przy głównej drodze i ruszyliśmy pieszo w stronę sami nie wiedzieć czego.

Z tego co udało nam się dowiedzieć, to budowla z XVI wieku, która dostała mocno w kość w trakcie II wojny światowej i obecnie raczej sporadycznie służy jako miejsce pogrzebów. Ten kilkusetmetrowy spacer był małą abstrakcją. Niby zielono, niby słoneczko świeci, szumi rzeka Lim, a jednak opuszczone i zrujnowane budynki zwieńczone finalnie klasztorem oraz cmentarzem prowadziły nasze myśli tylko do jednej refleksji – w którym rzędzie spoczną nasze zwłoki, gdy w końcu zza krzaków wyjdzie w końcu ten kapłan-zombie-psychopata. Na zdjęciach mogłem zjechać z saturacji i dowalić do końca Clarity w Lightroomie dla większej grozy, no ale tego nie zrobiłem.

Potem był znowu jakiś fajny widoczek.

Po drodze wpadła nam w oko cerkiew świętego Jana Chrzciciela (Crkva Svetog Jovana Krstitelja) we wsi Zaton. Świątynia według podań miała powstać w IX lub X wieku.

Z kilometra na kilometr bliżej Durmitoru góry rosły nam w oczach. A Skodunia niknęła.

Najdłuższą przerwę zrobiliśmy sobie przy oszałamiającym moście Đurđevića zawieszonym 170 metrów nad rzeką Tara. Swojego czasu była to największa tego typu konstrukcja na świecie. Jak wspominałem, w Czarnogórze było już po sezonie (przynajmniej letnim) i wiele atrakcji (związanych głównie ze sportami ekstremalnymi) nie było już czynnych. Zauważyłem jednak tyrolkę zawieszoną równoległe do tego mostu. Już sobie wyobrażałem, jak spadam w przepaść, korzystając z tej atrakcji.

Do Žabljaka dotarliśmy już po zmroku. Przywitała nas… ujemna temperatura. Na szczęście akurat tego się spodziewaliśmy. Czarnogóra ma bardzo duże różnice temperatur, co trochę komplikuje pakowanie, bo przydadzą się kurtki zimowe i krótkie spodenki. Na wybrzeżu powita nas ponad 20 stopni, ale o tym trochę później. Jeśli poprzesuwacie sobie mapę, to zauważycie, że ta miejscowość powinna się nazywać Žabljak Apartamenti. Latem odnajdują się tutaj amatorzy chodzenia po górach, zimą – sportów zimowych. Jak to zimą bywa.

My na dwie nocy zatrzymaliśmy się w Rondovic Apartmani. Teoretycznie spoko, bo mieliśmy do dyspozycji w pokoju aneks kuchenny (i tygielek do kawy po turecku), ale ogrzewanie pochodziło z grzejnika elektrycznego. Strasznie długo czekaliśmy, aż pokój się rozgrzeje, a gdy już to nastąpiło, to w połączeniu z prysznicem fundowało nam to saunę. Trudne do opanowania.

You shall not pass, czyli wodospady na trasie

Cały wtorek poświęciliśmy na Czarne Jezioro (Crno jezero), czyli górski akwen, takie Morskie Oko, tylko łatwiej i szybciej dojść. W sumie to dwa jezioro, bo latem wąski kanał między nimi wysycha.

W każdym razie parkujemy, kupujemy bilety do wstępu do parku narodowego (stąd można wejść na szlaki górskie. Tak, zgadliście, nie wchodziliśmy nigdzie) i ruszamy na krótki spacer, kupując po drodze na jednym ze stoisk lokalne produkty.

Dotarliśmy do naszego celu. Wokół jeziora jest bodaj ponad 3-kilometrowa ścieżka, którą chcieliśmy przemierzyć. Zaczęło się niewinnie: trochę lasu, trekking dla emerytów (idealny dla nas), kilka naturalnych wzniesień wyściełanych konarami i kamieniami. Słowem (w sumie kilkoma): raczej bułka z masłem dla takich sportowych świrów jak my.

Nie powstrzymały nas nawet dwa małe wodospady, które przecinały ścieżkę. Poddaliśmy się przy trzecim.

Teoretycznie było to do przejścia, ale aparat w plecaku, droga powrotna z potencjalnym zwiększonym poziomem wilgotności całego ciała (dojście tutaj zajęło nam ok. 45 minut) i ok. 10 stopni skierowały się do odwrotu. Obstawiamy, że latem, gdy kanał między składowymi jeziorami wysycha, także i ten wodospad nie jest czynny. Fajna opcja na ochłodę, ale nie pod koniec listopada.

Wróciliśmy do punktu wyjścia. Ku naszemu zaskoczeniu restauracja nad jeziorem była otwarta i wbrew pozorom ceny nie były podniesione o pierdyliard procent, bo miejscówa. Tutaj się ogrzaliśmy, zjedliśmy obiad i wróciliśmy do samochodu już po zmroku. Ścieżka prowadząca do parkingu na szczęście jest oświetlona.

Świat widziany przez chmury

W środowy poranek wyruszyliśmy w stronę Kotoru, ale po drodze chcieliśmy zboczyć do klasztoru Monaster Ostrog. Prawie na całej trasie do tego miejsca towarzyszyła nam ulewa porównywalna z deszczem obietnic przedwyborczych dowolnej partii. Śmiało ten dzień mógłby być sztandarowym przykładem realizacji programu Załamanie Pogody Plus. Do tego stopnia, że przez moment chcieliśmy zrezygnować w ogóle z podjazdu serpentyną na parking dla turystów. Chwilę odczekaliśmy na poboczu z kanapkami w dłoniach i… nic się zmieniło. Odpaliliśmy więc samochód i pojechaliśmy, gdzie planowaliśmy.

Parking dla turystów znajduje się “kilka pięter” od klasztoru. Pięter, bo trzeba tam wejść po schodach. Im bliżej jesteśmy, tym jest bardziej stromo. Gdy napierdala  pada deszcz, to jest trudniej.

Na podbój klasztoru wyruszyłem sam, Asia została w samochodzie. Wcześniej podjęliśmy próbę wspólnego podejścia, ale szybko odpuściliśmy spacer w deszczakach. Stwierdziłem, że skoro już tu przyjechaliśmy, zboczyliśmy z trasy, to sobie mam odmówić? Choćbym miał odchorować, to wlezę. Gdy dotarłem na górę, to… od razu zatrzymałem pierwszy samochód i zjechałem na dół, jak się okazało, z popem, który właśnie ruszył z tamtejszego parkingu pod bramami klasztoru. Na widok wielu wolnych miejsc stwierdziłem, że daruję sobie parkingowe prawilniactwo (tutaj wstęp był bowiem tylko dla duchownych, seniorów i obsługi) i zjadę po Asię, abyśmy razem tutaj podjechali. Z popem nie znaleźliśmy wspólnego języka (ani ja po ichniejszemu, ani on polsku lub po angielsku), ale gestykulacja pozwoliła na powrót na parking dla turystów.

Podjechaliśmy więc z Asią pod samą bramę klasztoru. Aparat zostawiliśmy w samochodzie. Roztaczał się stąd fascynujący widok.

A tak serio to klasztor robi niezłe wrażenie, bo w sumie nie o widoki tutaj chodzi. Znajdują się tutaj 4 cerkwie, z czego jedna jest wykuta w skale. Patrząc po zdjęciach w Google, latem ustawiają się tutaj ogromne kolejki i miejsce przeżywa oblężenie. Wizyta w deszczową listopadową środę była idealnym momentem na to, aby bez przeszkód odwiedzić to miejsce.

Nad morze

Czas zapakować kanapki z ogórkiem kiszonym i jajkiem, wsadzić to do siatki z Biedronki, nałożyć białe skarpety, sandały – jesteśmy gotowi na wyjazd nad morze. Chciałoby się. My Ostrog opuszczaliśmy szczelnie opatuleni i trochę zziębnięci po ulewie i wichurze wyginającej parasole. Naszym celem była teraz Zatoka Kotorska, czyli zjeżdżaliśmy z ponad 800 metrów do poziomu morza. Ukształtowanie Czarnogóry jest wręcz stworzone do podziwiania wszystkiego z góry, w czym pomagają wspominane już pobocza.

Dzięki nim można uchwycić takie widoki.

Nad Zatoką zatrzymaliśmy się w J & P Apartments w Orahovacu, kilkanaście kilometrów do Kotoru. Google Maps źle wskazuje tę lokalizację, ale jeżeli się tam zatrzymacie, to właściciel wyśle Wam prawidłową lokalizacją na WhatsAppie. W Czarnogórze ta forma kimunikacji jest bardzo popularna. W każdym razie to blok z kilkoma mieszkaniami na wzniesieniu (jak wszystko tam zresztą). Koniecznie wybierajcie opcję z balkonem, bo my mieliśmy takie widoki.

Nad Zatoką poczuliśmy, że ta część Czarnogóry jest znacznie bogatsza. Liczne restauracje nad brzegiem (z americano!), sklepy z pamiątkami, droższe samochody i budynki, które nie straszą swoim stanem. Po obiedzie wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer w deszczu (te ciężkie chmury z poprzednich zdjęć nie były tam dla rozrywki) po Kotorze, starożytnym mieście portowym pamiętającym czasy przed naszą erą, chociaż pod obecną nazwą funkcjonuje znacznie krócej.

Po raz kolejny przekonaliśmy się, że jest po sezonie, mimo że nikogo nie dziwiło, że jest tu pod koniec listopada ponad 20 stopni. O ile nie żałowałem wspomnianej tyrolki w Durmitorze, bo bym sobie pewnie ryj obił, zlatując z tych 170 metrów, to jednak odczułem mały zawód na widok zamkniętego do wiosny muzeum kotów.

Kotor, bo koty?

Koty to w ogóle osobna historia. Jest ich tu pełno i żaden sklep z pamiątkami (w sezonie są otwarte od 7 do 23) nie odmówi sobie, żeby nie mieć pamiątek z kotem. W końcu jesteśmy w Kotorze. Czaicie? KOTorze. Boki zrywać. W sumie nie wiem, jak po czarnogórsku jest kot. Po serbsku to mačka, więc chyba tylko Polacy mogą sobie to tak skojarzyć. W każdym razie śmieszki na bok, bo sytuacja jest raczej mało wesoła. Miasto najwyraźniej nie ma żadnej polityki w zakresie kastracji kotów i te czworonogi są zdane na turystów oraz osoby, które je dokarmiają. Widzieliśmy jedną kobietę, która rozsypywała karmę na uliczkach Kotoru.

W czwartek pogoda się poprawiła i ruszyliśmy zwiedzić miasto za dnia. Będąc w Kotorze, punktem obowiązkowym jest wędrówka po murach obronnych. Wstęp jest płatny. Im wyżej wejdziecie, tym lepszą panoramę miasta zobaczycie. Po drodze oczywiście spotkacie koty – małe i duże. Wszystkie natomiast błyskawicznie reagują na szelest siatek, licząc, że turyści będą mieli jakieś smakołyki.

Spacer wzdłuż staromiejskich uliczek Kotoru jest sam w sobie świetnym sposobem spędzania czasu. Zwłaszcza, gdy trafiamy na… uroczystość z okazji wyzwolenia Kotoru spod okupacji nazistowskiej. Szczerze mówiąc, zielonego pojęcia nie mieliśmy, co to za okazja. Dopiero potem wyszukaliśmy z internecie informacji na ten temat. Poszliśmy za orkiestrą wojskową, która maszerowała po centrum i zaprowadziła nas na miejsce uroczystości. Sam takich oficjalek przeżyłem setki jako fotoreporter, ale tutaj chętnie uczestniczyliśmy w tym pochodzie.

W Czarnogórze tankuj do pełna

W piątek rano ruszyliśmy w stronę Baru, ale nasza trasa nie wiodła wprost do tego miejsca. Nieoczekiwana atrakcja: pasażerska łajba w porcie. Z rozmachem.

Naszym pierwszym przystankiem był Park Narodowy Lovcen, gdzie znajduje się mauzoleum Njegosa, a dokładnie – Petra II Petrova Njegosa. Wśród wielu funkcji, jakie pełnił, najbardziej znany jest ze swojej działalności poetyckiej. To chyba taki tamtejszy Mickiewicz. Droga z Kotoru wiedzie przez kotorską serpentynę. I to nie tam jakieś pitu-pitu, tylko serpentyna przez duże S. Albo raczej SSSSSSSSS.

Na tej trasie przekonałem się, że ćwierć baku nie zawsze może wystarczyć na pokonanie 35 kilometrów, bo z takim zapasem paliwa wyruszyliśmy z Kotoru, mijając oczywiście liczne stacje benzynowe. No ale po co tankować, przecież nie jesteśmy na rezerwie, to tylko kawałek. Tylko że ten kawałek był pod niezłą górę, bo nasz cel znajdował się ponad… 1700 metrów wyżej.


Kotorska serpentyna jest trochę testem na zdrowy rozsądek kierowcy. Bo chwila dłuższej nieuwagi i różnie może być.

Pokrętna droga sprzyjała jednak przystankom, bo widoki tutaj były fenomenalne.

Udało nam się nawet machnąć ładnego selfiaka.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Łukasz Piecyk | Piec od kuchni (@piecodkuchni)

Wspominałem, że ta trasa wiodła do Parku Narodowego Lovcen i punktu widokowego? Wspominałem. Powitał nas taki widok.

O ile serpentyna gwarantowała nam piękne widoki, tak im wyżej, tym było coraz bardziej biało. A to zdjęcie wyżej zrobiłem w 2017 roku na Małej Rawce w Bieszczadach. Nie różni się niczym od zrobionego na miejscu.

Zawiedzeni ruszyliśmy w stronę Budvy trasą, na której najszybciej trafimy na stację benzynową. Zjazd z góry wykonałem z perfekcyjnym wykorzystaniem technik eco drivingu i udało się z małym zapasem paliwa dotelepać się do dystrybutora.

Na bogato

Zboczenie z trasy ku stacji paliw opłaciło nam się z innego względu. Do Budvy dojechaliśmy drogą M2.3, która była znacznie wyżej nad poziomem morza niż trasa z Kotoru. A wiecie, co to oznacza? Nie, nie wyższe spalanie.

Jak ja szanuję ten kraj za te widoki.

Budva leży nad Adriatykiem i absolutnie nas zachwyciła, mimo że spędziliśmy tam jedynie kilka godzin. Snucie się wśród wąskich uliczek czy łapanie słońca z murów cytadeli z widokiem na morze było wyjątkowo relaksujące. A potem pomyśleliśmy, jak wspaniała pogoda pod koniec listopada przywita nas w Polsce.

Widać natomiast, że Budva to miejsce, w którym turyści mają grubsze portfele. Widać to po zaparkowanych jachtach.

Do Baru dotarliśmy w czwartkowe popołudnie. Zameldowaliśmy się w obiekcie Villa Swan (bez fajerwerków i Google Maps prowadzi tam totalnie bez sensu, więc gdybyście tam nocowali, to wytyczcie sobie sami tę trasę) i ruszyliśmy w miasto. Naszym pierwszym punktem był stosunkowy nowy kościół świętego Jana Włodzimierza (Saborni hram Svetog Jovana Vladimira). Miejsce to było widoczne już z daleka, gdy wjeżdżaliśmy do miasta.

Stamtąd wybraliśmy się już tylko na spacer wzdłuż mariny, bo to sobotę szczelnie wypełniliśmy planami.

Oliwkoland

Sobota była naszym ostatnim dniem w Czarnogórze. W niedzielę rano mieliśmy samolot do Berlina. I plany były ambitne na tyle, że nie udało nam się wejść na Rumiję, bo nam się nie chciało po prostu nie zdążyliśmy. To szczyt, z którego widać Adriatyk z jednej strony i jezioro Szkoderskie z drugiej. Wybraliśmy się więc do Starego Baru, czyli głównej atrakcji miasta. Po drodze do tego miejsca można zajrzeć do starej oliwki (stara maslina), czyli jednego z najstarszego drzew na świecie. Liczy sobie bowiem ok. 2000 lat.

Stąd podjechaliśmy do ruin Starego Baru. To miejsce, które dawniej było tym prawdziwym Barem, bo obecne miasto jest stosunkowo nowe i raczej pełni funkcje portowe niż turystyczne. Stary Bar miał zostać zbudowany przez Rzymian w VI wieku – tyle legendy. Przez wieki rządzili tutaj m.in. władcy bizantyjscy czy Turcy. Gdy Czarnogórcy władali już tą częścią kraju, to w 1979 roku została ona zniszczona przez trzęsienie ziemi i powoli stara się odzyskać dawny blask.

W pobliżu głównej części Starego Baru znajdziecie parking zaznaczony na powyższej mapie My musieliśmy zaparkować trochę dalej, bo część dróg była zamknięta i nie do końca wiedzieliśmy, jaki był tego powód. Gdy wspięliśmy się w stronę ruin, okazało się, że trwają tam ichniejsze dożynki. Maslinijada, bo tak brzmiał napis na banerze, była oliwkowym świętem. Stragany, lokalne produkty, tradycyjna muzyka, a do tego zabytkowe ruiny – trafiło się nam jak ślepej kurze ziarno. Tylko nasz budżet i limit bagażu zatrzymały nas od spędzenia czasu wśród tych wszystkich pyszności.

Dopiero przygotowując ten wpis, uzmysłowiłem sobie, jak mało zdjęć tam zrobiłem. Tyle się działo, że podświadomie wyłączyłem aparat i chłonęliśmy tę atmosferę. Na szczęście obszerną fotorelację możecie zobaczyć na Facebooku.

Tunel klimatyczny

Czas nas gonił, więc ze Starego Baru pojechaliśmy nad Jezioro Szkoderskie, największy akwen na Półwyspie Bałkańskim. Od Baru oddalone jest o ok. 30 kilometrów w stronę Podgoricy, więc braliśmy pod uwagę, żeby podjechać tam przed odlotem, jadąc na lotnisko. Jednak spokój ducha był ważniejszy i wybraliśmy się tam jeszcze w sobotę.

Droga do Jeziora Szkoderskiego (i Podgoricy) prowadzi m.in. przez tunel Sozoina mierzący ponad 4 km. Odcinek ten jest płatny i kosztuje ok. kilku złotych. Można tę trasę ominąć, nadrabiając 30 kilometrów. Pasmo górskie, pod którym jest przejazd, skutecznie blokuje także temperaturę, bo na tym odcinku stopniała o kilkanaście stopni. Samo miejsce jest bardzo bogate przyrodniczo i lepiej daje się poznać, gdy popłyniemy w rejs, ale niestety jest turystycznie prawie martwe pod koniec listopada. Zatrzymaliśmy się w kilku punktach, żeby zrobić jakieś pamiątkowe zdjęcia i tyle. Dostaliśmy nawet propozycję rejsu w jednej z restauracji, ale musielibyśmy wysupłać kilkadziesiąt euro. Eluwina.

Trocę zmarznięci i zawiedzeni wróciliśmy do Baru. Tam zaś było na tyle ciepło, że resztą popołudnia i wieczora spędziliśmy po prostu na plaży, czytając książki i podziwiając zachód słońca.

W niedzielę rano załadowaliśmy się do Skody i ruszyliśmy na lotnisko w Podgoricy. Po planowym locie wylądowaliśmy ponownie w Berlinie. Z lotniska odjechaliśmy FlixBusem (który w końcu dobrze wspominamy, bo na trasach międzynarodowych dają chyba więcej miejsca na nogi) prosto do Tczewa.

3000 zł – tyle kosztował nas ten wyjazd. Loty, noclegi, jedzenie, pamiątki, bilety wstępów, wynajem samochodu, paliwo. Słowem: wszystko. Oczywiście można by ten budżet powiększyć, gdyby wszystkie atrakcje byłyby czynne, ale generalnie nie było chyba sytuacji, w której rozdarlibyśmy szaty, bo czegoś nie udało się zrobić. No dobra, muzeum kotów mnie do tej pory trochę boli.