Musiał nadejść urlop, żebym mógł w końcu przypomnieć sobie hasło do bloga i napisać kilka zdań. Bo niczego pokazywać nie będę. Może poza zwykłą kradzieżą. Niezwiązaną politycznie, światopoglądowa czy jakkolwiek.

Dzień jak co dzień. Scrolluję fejsa, chociaż mógłbym akurat gonić deadline’y. W końcu mała porcja newsfeeda nikomu przecież nie zaszkodziła. Przeklikuję słodkie kotki, mało ważne wpisy znajomych, kolejne słodkie kotki, screen z Twittera, znowu słodkie kotki. CZEKAJ. Scrolluję w górę.


Szybko wpadam na Twittera i moim oczom ukazuje się oryginał. Wpis księdza Międlara. „Użyczył” sobie moje zdjęcie.


Wykonałem je bodajże po konferencji prasowej toruńskiej Nowoczesnej przed wyborami parlamentarnymi. Zostało wykorzystane m. in. tutaj. Szybki, pokonferencyjny pstryk bez fajerwerków. Niestety wpadł w media społecznościowe, co dla fotografa (i właściciela praw majątkowych) oznacza walkę z wiatrakami i brak kontroli nad ich dalszą, nielegalną dystrybucją. Wpis bowiem wzbudził zainteresowanie i pojawił się w formie screenu na stronach Gazety Wyborczej, portalu naTemat czy u samej zainteresowanej (później już odpuściłem szukanie).

W takiej sytuacji pozostaje mi już odwołanie się jedynie do moralności księdza Międlara i innych, bo dochodzenie swoich praw jest w takim przypadku bardzo skomplikowane i czasochłonne. Nie przeszkadza mi wykorzystywanie moich zdjęć w walce politycznej, ale hajs się musi zgadzać. Przykładowo Polityka i tygodnik ABC (dla niezorientowanych – dwa bieguny światopoglądowe) publikowały moje zdjęcia tak, jak cennik przykazał. Skąd jednak ks. Międlar wziął zdjęcie? Moje pytanie pod jego twittem zostało bez odpowiedzi. Nie sądzę, żeby wspomniany wywiad z fotografią był tak wysoko indeksowany albo duchowny szukał akurat czegoś na lokalnym portalu. Krótkie śledztwo wskazało (Google Images FTW), że prawdopodobnie zdjęcia ukradł portal Newsweb.pl . I tu sprawa jest już prostsza. Tym jednak zajmę się po urlopie :)